Leżę z głową przyciśniętą do chodnika. Chodnik jest lodowaty. Na mnie siedzi policjant. Kolano wbite w plecy, moja ręka wykręcona do tyłu, żebym się nie ruszał. Drugi krzyczy do niego, żeby uważał na moją lewą rękę. Że jest bardzo silna. Że mogę się wyrwać.
Nie wyrywam się. Przytrzymują mnie obaj i nie mam już czym ruszać.
Zostaje jedna rzecz, której nie da się przytrzymać. Zaczynam na głos.
Ojcze mój, który jesteś we mnie. Święć się imię Twoje. Przyjdź królestwo Twoje. Bądź wola Twoja.
Jest ciemno. Za plecami słyszę samochody. Jadą ulicą, nie zatrzymują się. Środek zimy. Wokół mnie leżą kawałki szkła. Gdzieś dalej głos mojej żony. Mówi coś do nich. Chyba żeby nie byli tak brutalni. Nie słyszę słów. Słyszę jej ton.
Kończę Ojcze nasz i zaczynam Zdrowaś Mario. Potem drugą. To liczy czas lepiej niż zegarek. Nie wiem, ile już leżę na tym chodniku. Wiem, ile modlitw zdążyłem odmówić.
Na sygnale przyjeżdża karetka. Wychodzi z niej ratownik. Jestem w połowie kolejnej zdrowaśki.
— Oho! Ten to do nas.
Ulżyło mi. Jednak szpital.
Chwilę wcześniej słyszałem, jak jeden policjant mówi drugiemu, że wezwano ich do awanturującego się męża.
— Ale czy coś jej zrobił? Zrobił jej krzywdę?
Nie wiem, co mu odpowiada. Tyle udaje mi się usłyszeć. Nie wiem też, ile wiedzą, a ile musieli sobie dopowiedzieć. Na przykład to, że mam nóż.
Milknę.
Ten, który mnie dusił, trochę odpuszcza. Chyba odwrócił głowę, gada coś z ratownikiem. Słyszę, jak otwierają drzwi karetki. Wyciągają nosze. Rozkładają się nóżki, stukają kółka o asfalt. Rozpoznaję po dźwięku, nie po obrazie. Obrazu prawie nie mam.
Boli. Policjant przygniata mnie mocniej, niż trzeba. Drugą ręką dociska mi głowę do chodnika. Ale już mogę oddychać. Może jest ich trzech. Jeden kolanem, drugi trzyma rękę, trzeci dusi. Jakoś tak. Dwóch kręci się wokoło. Nie potrafię ich policzyć i nie próbuję.
Widzę kawałek wiaty przystankowej. Światło latarni. Szkło. Migoczące światła. W oddali moja żona i jacyś ludzie. Może są tam moi rodzice. Nie wiem. Kalejdoskop.
Nie mam butów. Jeszcze chwilę temu miałem na sobie jednego crocsa. Rzuciłem nim w jadący samochód. Chciałem go zatrzymać, żeby kontynuować ucieczkę. Trafiłem. Samochód zwolnił. Nie zatrzymał się.
Mam na sobie garnitur. Marynarkę, muszkę, białą koszulę, spodnie od garnituru. Jedną skarpetkę.
Jest mi bardzo zimno. Chłód bym wytrzymał. Stopa — nie. Stopa przestaje czuć. Zastanawiam się, czy jest już odmrożona. Czy będą amputować. Czy jeszcze nie.
To jest jedyny strach tej nocy. Nie policja. Nie karetka. Nie to, dokąd jadę. Stopa.
Czuję dłonie. Podnoszą mnie za ręce i nogi i kładą na noszach. Bardzo sprawnie opinają pasami. Zaciskają mocno. Jedna noga zostaje luźna. Mógłbym ją wyciągnąć. Mógłbym jeszcze raz spróbować uciec.
Nie mam potrzeby. Głowa się nie boi, bo głowa ma scenariusz.
Dokonało się. To było przepowiedziane. Jadę do szpitala. Mistrz dał mi wybór: szpital czy więzienie. Wybrałem szpital.